Baby lawyer, czyli o początkach praktyki w zawodzie

Ostatnio otrzymałam wiele zapytań dotyczących praktyki w zawodzie, a w szczególności początków, związanego z tym stresu oraz organizacji swojego czasu pracy. Podejrzewam, że tego typu myśli kłębią się w głowie niejednego Czytelnika z uwagi na zbliżający się początek kolejnego roku aplikacji prawniczych, dla niektórych pierwszego, a co za tym idzie, pojawienie się nowych obowiązków i wyzwań. Jak wyglądały moje początki w zawodzie i czy po tylu latach odnalazłam receptę na stres?

Raz kozie śmierć
Jak to zazwyczaj w życiu bywa, moje początki w zawodzie nie były usłane różami. Przez większość studiów unikałam jakichkolwiek rozmów dotyczących rozpoczęcia pracy w kancelarii prawnej. Nie czułam się psychicznie na siłach i nie uważałam, że posiadam wystarczającą wiedzę, która mogłaby mi się przydać. Podczas gdy inni podejmowali praktyki za praktykami i różne staże, ja dorabiałam na swoje potrzeby w pracach niezwiązanych z zawodem, który chciałam wykonywać w przyszłości. Z czasem jednak nieuchronnie zaczęły pojawiać się myśli o tym, żeby podjąć ryzyko i spróbować. W końcu kiedyś trzeba zacząć. Przejrzałam dostępne oferty praktyk dla studentów prawa i zaaplikowałam. Następnego dnia zadzwonił pierwszy telefon, kolejnego odbyła się rozmowa rekrutacyjna, a jeszcze następnego dostałam informację, że zostałam przyjęta. Cóż to była za radość!
Złe miłego początki
Doskonale pamiętam swój pierwszy dzień w pracy w kancelarii prawnej. Dopiero co zdążyłam wejść do biura, zostałam oprowadzona, zapoznana ze współpracownikami, przedstawiono mi podstawowe zasady, usiadłam do biurka i… zostałam wysłana do urzędu! Nie ukrywam, byłam ździebko przerażona. Co będzie, jeśli zrobię coś źle? Nie trafię tam gdzie trzeba? Nie wezmę jakiejś pieczątki albo coś zgubię? W głowie kłębiło mi się tysiąc myśli na minutę, a serce waliło jak szalone. Na miejscu okazało się, że jest jakiś problem z dokumentami, które dostałam od mojego nowego szefa. Nie pamiętam już dokładnie o co chodziło, ale najadłam się strachu. Jedyne o czym myślałam przy okienku, to „proszę kobieto, weź ode mnie te nieszczęsne dokumenty, przecież nie mogę wrócić do kancelarii z pustymi rękami nie wykonawszy swojego pierwszego banalnego zadania!” Ostatecznie, udało się wszystko złożyć tak jak trzeba, Pani w urzędzie była bardzo pomocna i wyrozumiała (na pewno nie dlatego, że wyglądałam jak zbity pies i jakbym zaraz miała się rozpłakać), a ja na szczęście bezpiecznie wróciłam do biura i nawet zostałam pochwalona. Następnie miałam do wykonania ogromnie ważne zadanie, a mianowicie wpięcie do akt kserokopii dokumentów, które właśnie złożyłam w urzędzie. Bułka z masłem? Zdenerwowanie pierwszym dniem i jego dynamika spotęgowały moją nieudolność. Ostatecznie doprowadziło to do tego, że podziurkowałam kartki jak ser szwajcarski! Wstyd mi było jak nigdy. Lada moment miałam zostać magistrem prawa, mieć wyższe wykształcenie, a nie umiem korzystać z dziurkacza?! Co zabawniejsze, ten niczemu winny sprzęt biurowy wywołał u mnie lawinę myśli, że może jednak nie nadaję się do tego zawodu i to wszystko nie ma sensu, bo przecież jak mam zostać adwokatem, jak nie umiem dziurkować papieru…
Małymi krokami do wielkiego celu
Z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że pierwsza praca w zawodzie prawnika ma ogromne znaczenie. To właśnie za pierwszym razem chłoniemy najwięcej wiedzy i jesteśmy najbardziej podatni na nowe umiejętności. W mojej pierwszej pracy zostałam od razu rzucona na głęboką wodę i wymagano ode mnie dużej samodzielności. Wszystko odbywało się oczywiście pod czujnym okiem adwokata, niemniej oczekiwano, że nauczę się sama szukać rozwiązań. Właściwie od samego początku przygotowywałam różne pisma procesowe, kontaktowałam się z sądami i innymi instytucjami zarówno pisemnie, telefonicznie, jak i osobiście. Chodziłam również do sądów i brałam udział w rozprawach. To wszystko powodowało u mnie duże poczucie obowiązku, a co za tym idzie również stresu, że popełnię błąd. Myślę, że kilka miesięcy zajęło mi, zanim poczułam się swobodnie. Na początku bałam się dosłownie wszystkiego. Zanim wysłałam e-mail lub projekt pisma, to sprawdzałam wszystko kilkanaście razy, włącznie z moim własnym imieniem i nazwiskiem. Poddawałam w wątpliwość poprawność każdej wykonanej przeze mnie czynności, a gdy miałam wykonać telefon w jakiejś sprawie, to czekałam nawet godzinę lub dłużej, aż będę sama w pokoju, żeby nikt mnie nie słyszał i abym czuła się swobodniej. Po upływie kilku miesięcy zaczęłam zauważać, że moja praca jest chwalona, a nawet jeżeli popełniłam jakiś błąd, to potrafiłam go naprawić. Z czasem nauczyłam się sama siebie kontrolować i poprawiać swoje własne błędy zanim oddałam jakieś pismo do sprawdzenia. W ten sposób, po upływie pół roku mogłam stwierdzić, że czuję się już swobodnie w tym co robię, a praktyka zawodowa sprawia mi zdecydowanie więcej satysfakcji, niż przysparza stresu.
Organizacja pracy własnej
Od najmłodszych lat byłam uczona utrzymywania porządku wokół siebie nie tylko jeżeli chodzi o życie codzienne i typowe domowe obowiązki, ale przede wszystkim jeżeli chodzi o planowanie tego, co ma się do zrobienia. Z mojego doświadczenia uważam, że organizacja czasu to podstawa. Sprawdza się to zwłaszcza w zawodzie prawnika. Od samego początku mojej przygody z zawodem nie odstępuje na krok mojego kalendarza dziennego w formie papierowej. Dodatkowo ważniejsze rzeczy mam zapisane w kalendarzu w telefonie. Zapisuję tak naprawdę wszystko, tj. na którą godzinę mam przyjechać do biura, czy przed pracą mam coś do załatwienia poza biurem, wszelkie terminy wewnętrzne z Klientami i terminy sądowe, terminy zapłaty rachunków, wydarzenia, spotkania i inne. Cierpię raczej na chroniczny brak pamięci krótkotrwałej, więc zapisywanie wszystkiego daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jak na złość pamiętam to, czego uczyłam się 5 lat temu na studiach, a zapominam żeby zapłacić rachunek za telefon albo o spotkaniu z przyjaciółką! Kiedyś znajomy zażartował, że Lewandowska ma w głowie tyle kodeksów i paragrafów, że na przyziemne rzeczy już nie ma miejsca i coś w tym jest!
Recepta na stres
Kiedy pytacie się mnie o to jak się nie stresować w pracy, zawsze trudno jest mi na to odpowiedzieć. Niestety nie ma czegoś takiego jak recepta na stres. Oklepane frazesy o wyeliminowaniu go z naszego życia są według mnie bardzo naciągane. Dlatego w mojej ocenie najważniejsze jest to, aby pogodzić się z tym i postarać się zmienić stres w coś produktywnego i motywującego. Ponadto, bardzo ważne jest, aby uwierzyć w siebie i zdać sobie sprawę z własnych możliwości. Nie patrzeć wyłącznie na błędy i niepowodzenia, a czerpać motywację z sukcesów, nawet jeżeli są małe. Jako student prawa czy aplikant warto również pamiętać, że to jest ten czas, w którym mamy się uczyć i możemy popełniać błędy. Jeżeli przełożony tego nie rozumie i, zamiast pomóc w nauce, wytłumaczyć i zachęcić do wzmożonej pracy, gani i demotywuje za każdy najmniejszy błąd – czas pomyśleć o zmianie. Ja z kolei należę do tych osób, które w pracy zawodowej się nie stresują (raczej ewentualnie denerwują), a za to jestem typową „drama queen”, jeżeli chodzi o życie prywatne. Czasami czuję się jak dwie różne osoby. W pracy twarda babka i nic jej nie straszne, a po powrocie do domu tchórz i beksa. Gdy w pracy życie rzuca mi kłody pod nogi moje myślenie koncentruje się na tym jak rozwiązać dany problem. Z kolei w życiu prywatnym wystarczy jedna niedogodność lub nieoczekiwana zmiana planów (przecież wszystko miałam skrupulatnie zorganizowane) i cały mój świat wali się w podstawach. Jak żyć? No właśnie, chętnie się dowiem, jeżeli macie na to jakieś lekarstwo!

Fotografia użyta w poście jest autorstwa Creativeart

Może Ci się również spodobać:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Informacje zwrotne
Pokaż wszystkie komentarze
trackback
1 rok temu

[…] pt. Baby lawyer, czyli o początkach praktyki w zawodzie, dotyczący między innymi wyboru pierwszego miejsca pracy, zainspirował mnie jako lidera zespołu […]